• Kaczyzacja Platformy, stuszczenie PiS-u

    Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tego, co zrobiła w Warszawie PO. I to, akurat, jak raz, 13 grudnia. Wybrać taki właśnie dzień na to, by odebrać warszawskie ulice ludziom takim, jak Jacek Kaczmarski, Zbigniew Herbert, "Inka" Siedzikówna i Lech Kaczyński, i oddać je ponownie Teodorowi Duraczowi, Leonowi Kruczkowskiemu, "Małemu Frankowi" i Armii Ludowej – to wyjątkowa perwersja. Czytaj więcej...
  • Wszyscy ubabrani

    Nie ma, kurde, kogo szanować. To jest dziś nasz największy problem. Nie ma kogo szanować. Czytaj więcej...
  • Niepodległość w czasach obłudy

    Napisałem kiedyś - i będę się trzymał tej metafory, bo uważam, że dobrze oddaje istotę sprawy - że w krajach, które możemy uznawać za normalne, polityka prowadzona jest według logiki piłki nożnej. Czytaj więcej...
  • 1
  • 2
  • 3

czwartek, 06 lipiec 2017 10:45

Ziemkiewicz dla Wyborczej Wyróżniony

Napisane przez RAZ / RED
  • wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
  • Wydrukuj
  • Email
  • Komentarze::DISQUS_COMMENTS
Oceń ten artykuł
(26 głosów)

Zgodnie z życzeniem uczestników twitterowej sondy, zamieszczam poniżej obszerne fragmenty wywiadu, który jakieś półtora roku temu przeprowadził ze mną pracownik „Gazety Wyborczej” do jej internetowego serwisu.

Ponieważ od tego czasu nie odbierał moich telefonów i nie odpowiadał na moje esemesy (nie wiem, czy jeszcze tam pracuje) mogę się tylko domyślać, iż jego redakcja postanowiła nie korzystać z propozycji, od początku zresztą dość dla mnie zaskakującej. Zwyczajnie szkoda mi pracy, która została wykonana. Nie podaję personaliów autora wywiadu, nie wiedząc, czy by sobie tego życzył (jeśli tak, proszę go o kontakt).


Noc wyborcza, PiS wygrywa, pan wrzuca na Twittera zdjęcie, że się pan cieszy, kieliszeczek i tak dalej. Nie ma pan po paru miesiącach kaca po tym kieliszeczku?

- Nie, przecież jasno mówiłem, z czego się cieszę. Z tego, że poprzednia sitwa została odstawiona od władzy.

Przez kolejną sitwę.

- Wtedy jeszcze to nie było do końca pewne. Była pewna słaba nadzieja…

Była?

- Była. Na razie moje nadzieje - które wyraziłem w napisanym po zwycięstwie Andrzeja Dudy dość naiwnym tekście, kończącym książkę "Pycha i upadek" - się nie ziściły. Ale nawet jak PiS też okaże się tylko kolejną sitwą, to mimo wszystko mniejsze zło. Choćby dlatego, że jest bardziej kontestowany, mniej umafijniony i nie ma takiego wsparcia zagranicznego. Na mniej sobie będzie pozwalać. 

Na razie sobie na bardzo dużo pozwala.

Rozmowę przerywa nam piękna dziewczyna, która podchodzi do naszego stolika i mówi do Rafała Ziemkiewicza: "Przepraszam, ja chciałam tylko powiedzieć, że ja pana uwielbiam". Lekko zawstydzony Ziemkiewicz uśmiecha się i dziękuje. A potem mówi:

- Niech pan tego nie pisze.

O nie, nie daruję. To się musi w tekście znaleźć.

- Ok, ale to niech pan odnotuje, że pani była bardzo ładna.

Robię więc wedle życzenia. I pytam dalej.

Czytelnicy pana profilu na Twitterze komentują niektóre pana wpisy słowem "alko-Twitter".

- Bzdura. 

Nie mam w zwyczaju pisać po alkoholu, nie siadam po nim do Twittera, do Facebooka czy do tekstu.

Bo się wtedy kiepsko pisze. Dzięki temu pamiętam zaledwie kilka sytuacji, gdy pożałowałem tego, co napisałem.

Za "papieża idiotę" pan żałował i przepraszał.

- Bo użyłem niestosownego słowa. 

Po co?

- Czasem człowiek bywa zbyt wyrywny. Powinienem był to inaczej sformułować. Moja irytacja była też skutkiem manipulacji medialnej: papież powiedział trochę co innego, niż cytowano, a ja zareagowałem nie weryfikując cytatu. Jego słowa podano tak, że obrażały ludzi, którzy mają więcej niż troje dzieci. A ja znam wielu takich, którzy mają więcej niż troje dzieci, uważam, że zasługują na ogromny szacunek, sam jestem z wielodzietnej rodziny. Krew we mnie zakipiała i poszedł wpis, za który musiałem przeprosić. Lewactwo internetowe od dwóch lat się tym tekstem rajcuje i go przypomina, sprytnie usuwając datę. Ale komu się nigdy nie zdarzyło w coś wdepnąć...? Amerykanie mają powiedzenie: "shit happend". Zdarza się.


Miał pan taką wypowiedź, co się zaczęła od "komu się nigdy nie zdarzyło"…

- Tu mój jedyny błąd to brak cudzysłowu przy słowie "wykorzystać". Akurat wyszło 140 znaków (limit Twittera) zabrakło tych dwóch na „żaby”. Sądziłem, że link, który dołączyłem, wyjaśnia, o jakiego typu "wykorzystanie" chodzi: tam sprawa była taka, że kobieta próbowała mężczyznę wrobić, a cała jego wina sprowadzała się do tego, że poznał ją w hotelowym barze, nawalili się i poszli „do numeru”. Za moich czasów nikogo to nie bulwersowało. Chociaż oczywiście trzeba było potem sprawę wyspowiadać.

Ale nie sądzi pan, że oburzono się na pana, bo sytuacje, w których mężczyźni wykorzystują kobiety po alkoholu, są bardzo częste?

- Niektórzy pewnie sądzili, że ja rzeczywiście tak myślę - że seks uprawiany bez zgody jednej ze stron jest okej. Ci, co mnie nie lubią, wykorzystali to. Znów powtórzę: "shit happend".

Ale było jeszcze coś, co pan napisał, czym pan bardziej ludzi wkurzył. Tekst o Niemcach po zamachu w Monachium.

- Ach, ten.

Mnie też pan wkurzył.

- Brakiem empatii?

Nawet nie.

- To czym?

Researchem ziemkiewiczowskim. Funkcjonuje taki termin w sieci: że ktoś nie sprawdzi dokładnie, a pisze, co myśli.

- Znam. A pan zna konkretne przykłady, że czegoś nie sprawdziłem?

Właśnie ten. Napisał pan, że Niemcy jako społeczeństwo nie mają przećwiczonej roli ofiary. To ja wymienię: Frakcja Czerwonej Armii. Monachium. Berlin i Drezno 1945.

- To prawda. Natomiast powiem tak: jeżeli zarzut byłby o brak empatii, to przyznam, że mnie tu zawiodła. To nie był dobry moment, żeby ten temat poruszać. Być może człowiek korwinieje przez lata publicystycznego pisania.

Na swoją obronę przywołam anegdotę: mój bliski znajomy pracuje w pogotowiu. Pojechali kiedyś do domu babci, co jej od pół roku nikt nie widział. Babcia była w stanie mniej więcej takim jak Tutanchamon. Musieli razem z policją czekać na prokuratora. Godzinę siedzieli z tym trupem i nie mogli wyjść. No to wyjęli kanapki i termos z kawą, zagadując do nieboszczki, i nawet któryś pijąc te kawę zrobił do babci „na zdrowie”. Oni tam czasem wożą ludzi z jelitami na wierzchu, wiec trudno, żeby im poziom empatii nie spadł. Dla nich ta babcia nie była przeszkodą do spożycia drugiego śniadania w pracy.

To pan tym twittem o Niemcach trochę drugie śniadanie spożył.

- Od ćwierć wieku piszę o tym, jak Europa popełnia samobójstwo ze szczególnym udręczeniem – bo tak nawiasem, oprócz tych kilku tweedów napisałem też dwadzieścia parę książek – więc info o kolejnym zamachu już mną nie wstrząsa.

A jeśli mówimy o wzorcach kulturowych, podtrzymuję: Niemcy nie potrafią znaleźć się w sytuacji ofiar.

Owszem, mają taki jeden mit, wypędzenia, ale to wyjątek. Generalnie, nie wierzą, że im też może się coś stać, dlatego masowo zaaprobowali głupią politykę swojej wierchuszki. Za to uwielbiają być nauczycielami całego świata.


A mieszkał pan w Niemczech, rozmawiał z ludźmi?

- Nie, nie mieszkałem.

A ja tak. Zjeździłem spory kawał kraju. Zauważyłem u wielu z nich, głównie młodszego pokolenia, poczucie bycia ofiarami nazizmu. Poczucie bycia wykorzystanym, wyzyskanym i skrzywdzonym przez tę bandę, która nimi w latach 30 rządziła.

- Ja mogę się oprzeć tylko na obserwacji niemieckiej polityki i mediów. I mam wrażenie, że oni są tknięci silnym mesjanizmem. Nieważne, czego mają świat nauczyć: czy czystości rasowej czy multikulti, ale oni tego ten świat nauczą. Muszą być prymusami.

A my, Polacy, nie mamy podobnie?

- Nie, my mamy inne cechy. Wśród nich na przykład jedną wielką zaletę.

My Polacy jesteśmy nie do zajebania Click to Tweet

Doświadczyli tego rozmaici zaborcy i okupanci - tej niesamowitej woli przetrwania. Ja ją tłumaczę zanurzeniem w sarmackim, republikańskim ideale wolności. Wie pan, co my mamy w sobie dobrego jako naród? To, że zawsze byliśmy ludźmi wolnymi. Ludźmi rozkochanymi w wolności. 

Kiepsko nam ta wolność wychodzi. "Rząd musi wydawać pieniądze przede wszystkim na to, czego obywatele nie potrzebują. Na tym natomiast, co jest obywatelom niezbędne, rząd może oszczędzać". Prawo Ziemkiewicza.

- Jest niezmiennie aktualne.

No właśnie. Niezależnie od zmian rządów?

- Tak.

Nawet po ostatniej?

- Od 25 lat każda ekipa przychodzi pod hasłem: "to trzeba zmienić, tamto trzeba zmienić". A potem się otorbia w tym systemie. 

Tak to państwo ustawiono przy Okrągłym Stole, żeby nic się nie dało w nim zrobić.

To uczyniło z Polski żerowisko dla towarzyszy Szmaciaków, którzy państwo doili, doją i przez jakiś czas jeszcze pewnie będą doić. 

Tak? A pana zdaniem przy Okrągłym Stole tak specjalnie postanowiono czy samo tak wyszło?

- Konkretnym osobom nie można tego przypisać. Z reguły polityka jest odzwierciedleniem grupowych interesów.

Albo kompromisów.

- Ale w kompromisach najsilniejszą stroną są dobrze zorganizowane grupy interesów. I przy okrągłym stole taką grupą była grupa czerwona. Komuniści oddali bezkrwawo władzę w zamian za pieniądze i za prawo nadużywania pozycji, a potem sobie tę władzę odkupili.

Ale u władzy nie byli od 10 lat i raczej nie będą. 

- Tak, mówimy o historii. Jako formacja polityczna się skończyli, musieli ustąpić miejsca młodemu pokoleniu towarzyszy Szmaciaków, wychowanych już przez III RP. Na tym się oparła Tuskowszczyzna – na takich małych cwaniakach, którzy sprawdzili się w lokalnych przewałach w różnych miejscowościach i darli się do naprawdę wielkich przekrętów. Ale oczywiście interesy wyrosłe jeszcze z PZPR i jej służb pozostały w grze. Na tym polegała polityka Tuska, żeby stale między nimi mediować, wyważać, i dzięki temu, jako niezbędny wszystkim zwornik całego układu, utrzymywać się na szczycie tej całej cwaniackiej piramidy.

Michnikowszczyzna, tuskowszczyzna. A kaczorszczyzny pan kiedyś użyje?

- Napisałem książkę "Czas wrzeszczących staruszków". Fragmentów dotyczących PiS i obu braci nie musiałbym zmieniać. Choć dziś pewnie bym stonował fragmenty o Lechu Kaczyńskim – nie dlatego że były nieprawdziwe, tylko dlatego, że zginął w tragicznych okolicznościach i wypadałoby w mniej ostrych słowach o nim pisać. Ale Jarosław umie zdefiniować, o co walczy. Środowiska skupione wokół KOD uważam za krańcowo głupie, bo tego nie rozumieją.

Mówi pan o politykach, czy zwykłych ludziach przychodzących na marsze?

- O tych, którzy powinni tam myśleć. Zwykli ludzie też powinni myśleć. 


Zaraz: nie myślą, więc chodzą na marsze KOD?

- Nie. Przychodzą na marsze KOD, bo nie lubią
.
Kogo nie lubią?

- Kaczyńskiego nie lubią. 

A był pan na marszu KOD? Ja byłem. Jako reporter. Widziałem, owszem, ludzi, co przychodzą tam dlatego, że nie lubią Kaczyńskiego. Ale widziałem takich, którzy Polskę lubią. I jeszcze mówią, że w dupie mają tych polityków, co tam na marszu wyłażą na scenę. Oni tylko chcą, żeby im Polski nie psuto.

- Psuto? Czyli było dobrze, i trzeba, żeby znowu było tak jak było? Nie nazwałbym tego życzeniem Polsce dobrze.

Może to, co było wcześniej, nie było dla nich psuciem Polski?

- Ano właśnie. Czytam regularnie KOD-owskie media, grupę na FB, pańską gazetę i parę innych też, i wie pan, nie chodzi nawet o to, że tam wszystko jest tylko czystą nienawiścią, ale że oni nawet nie próbując wiedzieć, czego tak naprawdę tak nienawidzą.

Wszystko sprowadzają do pogardy: bo jest kurdupel, bo nie ma konta w banku, bo psuje Polskę. A na czym polega psucie Polski? No na tym, co on robi! I tyle. 

Głębiej by się przydało, prawda?

- Przecież Kaczyński jest w polskiej polityce od 25 lat. I pozostaje dla swoich przeciwników tylko symbolem. A napisał wiele książek, udzielił wielu wywiadów, naprawdę wykłada w nich, co myśli. Rysuje polityczną wizję, taką gaullistowską, dobrą czy zła, ale jakąś. Sam wskazuje swych mentorów, choćby Stanisława Ehrlicha, można przecież pójść do biblioteki, przeczytać, czego on uczył – będzie wreszcie wiadomo, co i dlaczego się dzieje. Ale oczywiście zmierzenie się z racjami wroga wymagałoby przyznania, że wróg ma jakieś racje, a to by uderzało w samoidentyfikację budowaną na poczuciu wyższości: racje, argumenty, poglądy to możemy mieć tylko my, ludzie oświeceni. A ciemnota, która się burzy przeciwko autorytetom, może mieć tylko kompleksy. Jeśli cała para idzie tylko w poniżanie wroga w oczach innych członków własnego towarzystwa, to rzeczywiście nie sposób zrozumieć, dlaczego ten zasypywany obelgami wróg wcale na tym nie traci, tylko kawałek po kawałku odbiera elitom szacunek i poparcie.

Zmierza pan do retorycznego pytania: "czym wy jesteście zaskoczeni"?

- Tak! Dyskurs antypisowski sprowadza się do tego, że bierze się różnych podstarzałych aktorów, którzy już nie walczą o role, więc mogą sobie pozwolić na to, żeby pyskować na władzę, albo ludzi, którzy odnieśli sukces na zachodzie, więc też mają gdzieś, co tutejsza władza o nich myśli, i oni mielą do urzygu, że Kaczyński jest zawistny, bo jest mały, bo go pewnie w dzieciństwie bili… Skoro poziom tego środowiska wyznacza dziś Tomasz Lis, czyli prymitywna, emocjonalna propaganda, to ono nie ma prawa wygrać.

Kilkanaście lat temu opisał pan "polactwo" – czyli grupę społeczeństwa polskiego, która uważa, że się jej należy, ale żeby coś od siebie dać – a to już nie. Zdefiniujmy Polactwo 2016. Coś się zmieniło w pana diagnozie? 

- Niewiele. Polacy wiele przeszli i są typowym społeczeństwem postkolonialnym. Moja diagnoza, wtedy jeszcze nie wiedziałem, była w sumie tą samą, jaką ponad sto lat temu dali założyciele Ligi Narodowej: to, że ludzie mówią jednym językiem i mają podobny kod kulturowy, obchodzą te same święta, to jeszcze nie znaczy, że są narodem. O narodzie można mówić tam, gdzie jest świadomość wspólnych interesów. Gdy naród zaczyna być zorganizowany.

A my tę świadomość mamy?

- Nie bardzo. Dlatego użyłem słowa "polactwo". I poparłem to statystykami i wynikami wyborów. Wychodziło mi, że pańszczyźniana mentalność cechuje ponad 50 proc. społeczeństwa, no może teraz spadło trochę poniżej tych 50 proc. W największym skrócie, polactwo to dojmujący brak świadomości dobra wspólnego. Przez ostatnich 20 lat się to nie zmieniło. Większość Polaków wciąż ma mentalność fornala i traktuje Polskę jako folwark. Z jednej strony rządzący, ten współczesny dziedzic, ma się fornalem zajmować, zapewnić mu wszystko co potrzebne do życia, a z drugiej strony fornalowi kompletnie zwisa los folwarku, szuka na nim tylko swojej korzyści – jak najmniej się narobić, co można ukraść, to ukraść, oszukiwać dziedzica na każdym kroku.

Pan też nie wywodzi się od dziedziców, tylko od chłopów, a krytykuje pan część społeczeństwa ze względu na szczebel drabiny społecznej?

- Nie krytykuję, tylko diagnozuję. A diagnozuję lepiej od innych, bo dobrze znam. Sam mówię, że po moim drzewie genealogicznym nie trzeba się długo wdrapywać, żeby na chama trafić. Wywodzę się z chłopstwa i jestem tego dumny. Choć nie pańszczyźnianego, na tyle, na ile pamiętam historię mojej rodziny. Dziadek Stanisław, świeć panie nad jego duszą, był bardzo aktywnym człowiekiem, legionistą, wójtem Czerwińska, działaczem Stronnictwa Narodowego. Zbudował szkołę, upowszechniał kulturę. Był społecznikiem i patriotą aż do przesady: nie poważał niczego, co nie było polskie. Za największego pisarza wszechczasów uważał Reymonta, a książkę - "Chłopów". 

Bo była o nim.

- O jego świecie. Więc ja jestem z tych chłopów raczej bliżej Boryny, niż parobka Kuby. Tylko z perspektywy miasta wieś wydaje się jednolita. Bywam na wsi i wiem, gdzie korpoludki z miasteczka Wilanów popełniają błąd: myślą, że jak ktoś jest ze wsi, to już o nim wszystko wiedzą.

A pan myśli że połowa tych korpoludków z Miasteczka Wilanów nie jest ze wsi?

- Jest, ale bardzo gorliwie stara się o tym nie pamiętać. I to widać. Także wśród dziennikarzy. Wielu zupełnie nie wie, że nie ma jednej wsi, jednej prowincji. Ja identyfikuję się z moją tradycją rodzinną bez trudu, z ojca i dziadka jestem dumny.


Pan jest z wyboru...

…Endekiem. Nawiasem, gdybym był entuzjastą tej władzy, to bym nie kombinował nad czymś takim jak Stowarzyszenie Endecja, nie starał się wspierać części opozycji, tej, która jest w stanie stworzyć jakąś pozytywną alternatywę. I nie deklarowałbym otwarcie nadziei na zwycięstwo Polski wolnorynkowej, a nie etatystycznej, w następnych wyborach. Jestem endekiem także z tradycji rodzinnej dziadka Stanisława.

Endecja ma w Polsce trochę na sumieniu.

- A kto nie ma? Tu mnie pan nie zagnie, obryty jestem. Z różnych powodów tworzono latami czarną legendę endecji. Bazuje ona na dwóch elementach. Po pierwsze, że niby tylko endecja używała przemocy i robiła getta ławkowe. Wtedy dość powszechne było bicie się nawzajem. Są statystyki, które badał dr Wojciech Muszyński: według policji lat 30. ruchy narodowo-radykalne, ONR i spółka, odpowiadały za 5 proc. przypadków, które ówczesna policja zapisała jako przemoc na tle politycznym.

A poprawka na to, że w policji mogli być sympatycy tych, co bili?

- Sympatycy ONR-u w sanacyjnej policji? Raczej bez szans. Chodzi o to, że kultura polityczna była inna, z dzisiejszej perspektywy to były po prostu czasy kompletnego zdziczenia. I nie można takich działań wyrywać z kontekstu historycznego. O endecji się mówi, a nie wspomina się o władzy - władzy bandyckiej, i o tym, że sięganie przez narodowców po przemoc w latach 30. to była głównie odpowiedź na przemoc władzy.

 
A w Antologii polskiego reportażu Mariusza Szczygła pan czytał, jak student uniwersytetu w Wilnie prosił o pomoc, bo wszechpolacy tłukli, dręczyli, bo zabijali.

- Naprawdę nie było to wyjątkiem właściwym wyłącznie prawicy. Niestety. Ale trzeba znać kontekst historyczny. Wiedzieć, skąd brała się nienawiść. Na przykład idiotyzmem jest taka narracja, którą uważam za najczystszy rasizm: Polacy są antysemitami z natury, bo są katolikami. Antysemityzm wziął się z konfliktów materialnych i społecznych, których rozwiązanie ludzie widzieli w przemocy. Ja to nawet z tradycji rodzinnej wiem, że przed wojną gdzie się chłop nie obrócił, to widział, że go jakiś Żyd rżnie na kasie. Antyżydowskie tumulty zaczynały się z reguły od bójek na jarmarkach. A na dodatek lata 30’ to fala masowego awansu społecznego. Taki aspirujący potomek chłopów widział, że na uniwersytecie studenci pochodzenia żydowskiego mają nadreprezentację w stosunku do liczby ludności żydowskiej w Polsce, że oni opanowali najbardziej intratne zawody. Tak się działo oczywiście ze względu na kapitał społeczny tych studentów żydowskich, tylko że nikt tego wtedy nie umiał tak nie wytłumaczyć.

To jeszcze nie powód, żeby komuś od razu w mordę.

- Pewnie. Niech pan to przy okazji powie taksówkarzom, że nie powód kogoś bić, bo jeździ w uberze. Od razu pojawiał się argument, że skoro Żydów jest 10 proc., to niech tylko 10 proc. miejsc na studiach będzie dla Żydów, bo przecież to społeczeństwo opłaca uniwersytety z podatków. Wtedy to nazywano numerus clausus, dziś się mówi „parytet”.

Jest pan przeciwko parytetom?

- Tak.

A co na to pana żona?

- A dlaczego miałaby być za? Ona ma taki zawód, w którym nie ma parytetów - jest aktorką. Żadna - oprócz jednej - znana mi kobieta nie jest za parytetami. Bo to nie jest miłe wiedzieć, że się jest dyrektorem z parytetu, a nie dlatego, że się jest po prostu dobrym.

Antysemityzm pojawia się, gdy ludzie uważają, że usunięcie czy zaatakowanie Żydów, sprawi, że ich problem przestanie istnieć. W XX-leciu były w Polsce 3 mln Żydów, którzy nie chcieli się asymilować... \*

Bo przecież nie mieli takiego obowiązku.

- Wedle ówczesnej koncepcji państwa - mieli. Generalnie, Polska międzywojenna wymaga napisania jej historii od nowa. Niestety, niepodległość nam się wtedy niezbyt udała i gdyby Polska nie zostało napadnięte i zniszczone, to po 1940 r. pewnie mielibyśmy państwo całkowicie faszystowskie państwo według wzorca włoskiego z wodzem Rydzem-Śmigłym. Czas o tym myśleć, bo w latach komuny przyzwyczailiśmy się widzieć w II RP arkadię. Jak tu było nie kochać Piłsudskiego, skoro go w komunistycznych podręcznikach do historii nazywali faszystą, i to dlatego, że spuścił bęcki Ruskim?

A III RP nam się udała? 

- Niespecjalnie.

Powinien się pan cieszyć z kierunku, w którym idzie. To, co pan nazywa "michnikowszczyzną", jest w odwrocie, lewica na marginesie, młodzież głosuje na prawicę...

- Jest w jednej z moich ukochanych książek, "Pikniku na skraju drogi" Strugackich, fragment, w którym do bohatera mówią: tobie Rudy zawsze będzie źle. W dobrym państwie ci źle i w złym państwie ci źle. I przez takich jak ty nigdy nie nastanie królestwo niebieskie na ziemi. Ja się bliżej takiego typu czuję i dobry zawód sobie wybrałem - bo tego od publicysty się raczej oczekuje, żeby pokazywał, co jest źle.

Jak czytam pana książki sf, to mam wrażenie, że ich napisanie sprawiało panu autentyczną przyjemność, a jak pan pisał książki polityczne, to pan wnerwiony cały czas siedział.

- Przyjemność sprawiało mi wymyślanie światów i fabuł. Natomiast technicznie proces pisania mnie osobiście bolał. Kolejne prawo Ziemkiewicza: radość pisania i radość czytania są odwrotnie proporcjonalne względem siebie. Nadal uważam, że aby czytelnik miał przyjemność z czytania, to autor powinien się trochę pomęczyć nad tekstem. A publicystyka? Nigdy nie pisałem z taką sierioznością, jak wielu moi kolegów z szeroko rozumianej prawicy, nie dlatego, żebym nie wierzył w idee, ale nie bardzo wierzę w to, że pisaniem da się świat naprawić. Nie cyzeluję więc każdego słowa na pocisk, który ma obalać trony i stawiać nowe. Ale jakoś wywalam z siebie złość i dzięki temu na życie jestem człowiekiem sympatycznym i do rany przyłóż, choć może nikt z moich czytelników w to nie uwierzy. 



\* w tekście ten wątek został ucięty, więc dopowiadam, o co mi wtedy chodziło: w międzywojennej Polsce było 3 miliony Żydów i 3 miliony bezrobotnych Polaków. Hasło „jak wyrzucimy tych Żydów, do Palestyny, na Madagskar, nieważne zresztą gdzie, byle precz z Polski, to znajdzie się praca i środki do życia dla wszystkich Polaków” miało pozory sensu. Natomiast dziś takiego pozoru sensu dla antysemityzmu nie ma. Nie ma żadnego poważnego, społecznego problemu, którego oczekiwane rozwiązanie można by powiązać, choćby najbardziej demagogicznie, w ataku na Żydów. A to oznacza, że antysemityzm, czy raczej żydofobia, może funkcjonować tylko jako pasja grupek obsesjonatów, na marginesie życia publicznego – w nic poważnego się na szczęście nie rozwinie, bo nie ma pożywki, nikomu niczego nie rozwiązuje. Namiętnie powtarzane przestrogi salonu można sobie więc wsadzić w buty – gdzie nie ma tlenu, tam pożar nie grozi.

Czytany 23997 razy

Artykuły powiązane

  • Tożsamość z banki Tożsamość z banki

    Zastanawiam się, co takiego my, Polacy, zrobiliśmy aktorom, że akurat oni stali się grupą zawodową najbardziej chyba sfrustrowaną w Polsce, najbardziej gardzącą Polakami i stanowiącą żelazne zaplecze "opozycji totalnej" (bo jedno z drugim ściśle się łączy, o czym za chwilę)?

  • Wirtualny Gupek Wirtualny Gupek

    Załapałem się jeszcze za młodu na parę wizyt w instytucji o dźwięcznej nazwie "GUKPPiW" (czyli: Główny Urząd Kontroli Publikacji, Prasy i Widowisk), w kręgu pisarzy i wydawców zwanej "gupkiem", a potocznie - cenzurą.

  • Każdemu jego marzec Każdemu jego marzec

    Niejakie zamieszanie wokół okrągłej rocznicy "wydarzeń marcowych" sprzed czterdziestu lat wynika z faktu, że pod tym pojęciem kryją się w istocie dwie różne sprawy. I jedna Polska obchodzi zupełnie co innego, a co innego druga.

  • Ulubiona trumna lewicy Ulubiona trumna lewicy

    Egzekucja Eligiusza Niewiadomskiego, mordercy Gabriela Narutowicza, pierwszego prezydenta Polski, nie była wymierzeniem przestępcy sprawiedliwej kary. Była zbrodnią sądową.

  • Oświadczenie Oświadczenie

    Polityczne spory pomiędzy posłami wybranymi z listy Kukiz’15 zagroziły istnieniu stowarzyszenia Endecja, w które włożyłem wiele serca, a setki działaczy z całej Polski – wiele nadziei i pracy. Proszę ich wszystkich, aby temu zagrożeniu się przeciwstawili i przemogli je.