• Wieczny Smoleńsk

    I znowu, po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza, powtarza się to samo i tak samo - z jedną tylko różnicą, że wojska zamieniły się pozycjami i używaną bronią. Czytaj więcej...
  • Kaczyzacja Platformy, stuszczenie PiS-u

    Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tego, co zrobiła w Warszawie PO. I to, akurat, jak raz, 13 grudnia. Wybrać taki właśnie dzień na to, by odebrać warszawskie ulice ludziom takim, jak Jacek Kaczmarski, Zbigniew Herbert, "Inka" Siedzikówna i Lech Kaczyński, i oddać je ponownie Teodorowi Duraczowi, Leonowi Kruczkowskiemu, "Małemu Frankowi" i Armii Ludowej – to wyjątkowa perwersja. Czytaj więcej...
  • Niepodległość w czasach obłudy

    Napisałem kiedyś - i będę się trzymał tej metafory, bo uważam, że dobrze oddaje istotę sprawy - że w krajach, które możemy uznawać za normalne, polityka prowadzona jest według logiki piłki nożnej. Czytaj więcej...
  • 1
  • 2
  • 3

wtorek, 10 listopad 2015 09:53

Rząd bata i marchewki, czyli IV RP v. 2.00

Napisał
  • wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
  • Wydrukuj
  • Email
  • Komentarze::DISQUS_COMMENTS
Oceń ten artykuł
(31 głosów)
Trójka strachu Trójka strachu

Na gorąco o nowym rządzie – przepraszam, że z opóźnieniem, ale przygotowanie się do gali „Strażnika pamięci”, jej prowadzenie i skonsumowanie sukcesu bez reszty wypełniło wczorajszy dzionek.

Po pierwsze: na tle poprzedniego ten gabinet wygląda imponująco. Może to żaden sukces, bo trudno źle wyglądać na tle rządu Kopacz, ułożonego według parytetu frakcji PO, z całkowitą pogardą dla kompetencji ministrów, a zwłaszcza ich braku. Tu nie mamy „pani Tereni”, tu nie mamy w kluczowym dla pozycji Polski w świecie resorcie aparatczyka mianowanego tylko po to, żeby miał jakiś resort ważny ale nie dający możliwości knucia. Technokratyczny pion rządu tworzą w zdecydowanej większości ludzie, którym trudno zarzucić brak doświadczenia czy kompetencji.

Oczywiście, uwaga mediów III RP nie skupia się na Annie Strężyńskiej, Mateuszu Morawieckim czy Konstantym Radziwille. Skupia się bez reszty na „pionie politycznym” – trójce ministrów, których nazwiska budzą na salonach odruch zarazem nienawiści i strachu. Macierewicz, Kamiński, Ziobro – trzech jeźdźców pisowskiej apokalipsy, którymi straszyła propaganda salonu i PO tak długo, aż to straszenie, czego propagandyści i ich dysponenci nie zauważyli, najpierw zaczęło Polakom dogłębnie zwisać, a potem wręcz działać na korzyść atakowanych, w myśl zasady: jak tak się ich boją, to może faktycznie jedyni fajterzy zdolni z tym bardakiem zrobić porządek? W końcu wymiar sprawiedliwości to najgorzej obok służby zdrowia oceniania przez społeczeństwo dziedzina funkcjonowania państwa, samowola i bezhołowie w służbach po aferze taśmowej również stały się problemem powszechnie dostrzeganym, a informacje, ile to miliardów będzie do rozkradzenia w wojsku, mogą być zupełnie przekonującym powodem delegowania tam wzbudzającego powszechny lęk inkwizytora.

Ale – uwaga – wbrew całemu temu wyciu elit, skądinąd bardzo miłemu prawicowemu sercu, to wcale nie Macierewicz z Kamińskim i Ziobrą są najgorszą dla nich wiadomością. Najgorszą wiadomością jest wspomniany już Morawiecki.

Ta kandydatura wzbudziła zdumienie, nawet wściekłość części najbardziej zajadłych pisowskich „żelaźniaków”. Jak to – krew z krwi i kość z kości lobby bankowego w naszym rządzie?!

Ano w tym właśnie, jak się wydaje, różnica pomiędzy tym rządem PiS a poprzednim, z czasów „dusznej atmosfery IV RP”. Tamten był zapewne bliższy powstańczej idei w jej stanie czystym. Ten za to zapowiada się na dużo skuteczniejszy.

Morawiecki, od ośmiu lat prezes jednego z największych w Polsce banków z przewagą kapitału zagranicznego, nie tylko sam w sobie jest symbolem otwarcia tego rządu na robienie interesów z tymi, którzy mają w III RP moc. Symboliczne jest, czym ma Morawiecki w randze wicepremiera kierować. Ministerstwem Rozwoju. Co to takiego? Mówiąc oględnie, góóóóóóóóóra kasy do wydania na jakiś tworzony właśnie narodowy program inwestycyjny (minister finansów, zwykle w III RP w randzie wicepremiera, zdegradowany został natomiast do roli księgowego – też znaczące).

W skrócie więc mamy rząd bata i marchewki. Bat to oczywiście służby i prokuratury, które zreorganizuje pion polityczny. Ale ten bat był i dziesięć lat temu, i nie wystarczył.

Ważniejsza jest marchewka, czy, ściślej, liczne marchewki, dysponowane nie przez inkwizytorów, ale przez skłonnych do negocjacji technokratów. Weźmy na przykład sprawę telewizji. PiS chce zmienić TVP w instytucję kultury, co może oznaczać wycofanie jej z rynku reklam. To, poza uporządkowaniem innych kwestii, uwolnienie miliarda złociszów z wpływów reklamowych, który już się zapewne śni właścicielom TVN i Polsatu. Niech kto powie, czy mając takie sny, nie można sobie w końcu zadać pytania: opłaca mi się trzymać u siebie te bandy „autorytetów”, których cały dziennikarski i ekspercki warsztat ogranicza się do ujadania na PiS?

Różnica zasadnicza, żeby się nie rozgadywać: dziesięć lat temu PiS widział wszędzie dookoła Układ. JEDEN Układ. Więc atakował na prawo i lewo, przeważnie zresztą nieskutecznie, i wszystkich, pozostańmy przy tym określeniu, dysponentów mocy, różnorakiej mocy, czy to finansowej, czy opiniotwórczej, czy innej, przekonał, że trzeba machnąć ręką na sprzeczności interesów i zjednoczyć się przeciwko oszołomom, bo żyć nie dadzą nikomu.

Dziś – dedukuję ze składu rządu – PiS rozumie, że III RP to nie JEDEN Układ, ale całe mrowie układów i układzików. Mających różne, nierzadko sprzeczne interesy. I nie należy na nie tupać, krzyczeć, straszyć rewolucyjnym gniewem ludu i szubienicami. Lepiej pokazać – tu bat, tu marchewka. Niektórzy oczywiście mają przerąbane, ale inni nie muszą wcale dzielić ich przesądzonego losu. Mogą się, na przykład, przyłączyć do wielkiego dzieła narodowego programu inwestycyjnego, a wtedy dla dobra narodu pewne stare sprawy mogą im zostać wybaczone, więcej, znajdzie się kawałek tortu. Dla tych, którzy pomogą wykończyć układ konkurencyjny, nawet większy.

Robespierre wraca jako Danton. Raczej nie uda się w tej sytuacji powtórzyć sukcesu antypisowskiej mobilizacji z czasów „dusznej atmosfery IV RP”. I to jest powód, dla którego panika w pewnych sferach jest jak najbardziej uzasadniona.

Czytany 15042 razy

Artykuły powiązane

  • Niepodległość w czasach obłudy Niepodległość w czasach obłudy

    Napisałem kiedyś - i będę się trzymał tej metafory, bo uważam, że dobrze oddaje istotę sprawy - że w krajach, które możemy uznawać za normalne, polityka prowadzona jest według logiki piłki nożnej.

  • Bzdury, które zachwyciły Obamę Bzdury, które zachwyciły Obamę

    "Gazeta Wyborcza" zamieściła "duszosczypatielnyj" tekst Anny Applebaum "Kto mi ukradł przyjaciół", reklamowany jako "brawurowy esej, który zachwycił Baracka Obamę".

  • Kuszenie "peezelu" Kuszenie "peezelu"

    Nazywanie odbytych właśnie wyborów "samorządowymi" brzmi cokolwiek śmiesznie. Formalnie, oczywiście - ale chyba odkąd istnieje w Polsce wybieralny samorząd i samorządowe wybory, nigdy nie były one mniej samorządowe, niż te sprzed tygodnia. 

  • Szczepienia, czyli Bunt Nas Szczepienia, czyli Bunt Nas

    Zaskoczę państwa, ale ostatniego przed wyborami samorządowymi felietonu nie zamierzam wcale poświęcać tym wyborom.

  • Pan Bóg jest pisowcem Pan Bóg jest pisowcem

    Jeśli prawdą jest, co napisała w ostatnim "Wprost" Joanna Miziołek (a zwykle jest dobrze w takich sprawach zorientowana), że w kręgach kierowniczych PO wiąże się ogromne nadzieje z filmem "Kler", że zdaniem polityków opozycji jego sukces kasowy przełoży się na zmianę społecznych nastrojów, a ciężkie oskarżenia miotane przez Smarzowskiego wzbudzą falę, która pozwoli "totalnej opozycji" wygrać wyborczy trójskok zwrotem ku radykalnemu antyklerykalizmowi – to na Nowogrodzkiej mogą już chłodzić szampana.