• Wszyscy ubabrani

    Nie ma, kurde, kogo szanować. To jest dziś nasz największy problem. Nie ma kogo szanować. Czytaj więcej...
  • Niepodległość w czasach obłudy

    Napisałem kiedyś - i będę się trzymał tej metafory, bo uważam, że dobrze oddaje istotę sprawy - że w krajach, które możemy uznawać za normalne, polityka prowadzona jest według logiki piłki nożnej. Czytaj więcej...
  • Bzdury, które zachwyciły Obamę

    "Gazeta Wyborcza" zamieściła "duszosczypatielnyj" tekst Anny Applebaum "Kto mi ukradł przyjaciół", reklamowany jako "brawurowy esej, który zachwycił Baracka Obamę". Czytaj więcej...
  • 1
  • 2
  • 3

wtorek, 13 październik 2015 08:36

Newsweek na dnie Wyróżniony

Napisał
  • wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
  • Wydrukuj
  • Email
  • Komentarze::DISQUS_COMMENTS
Oceń ten artykuł
(6 głosów)
"Polskie" pismo Newsweek "Polskie" pismo Newsweek

Miałem zaszczyt być członkiem zespołu, który tworzył polski Newsweek.

Był to wówczas tygodnik wiarygodny i opiniotwórczy, w którym praca przynosiła prestiż. Niestety, po publikacji mocnego tekstu o żydowskich roszczeniach wobec Polski  niemiecki wydawca, zastraszony przez postępowe lobby, zaczął redaktorowi naczelnemu i twórcy pisma, Tomaszowi Wróblewskiemu uprzykrzać życie tak długo, aż ten wreszcie zrezygnował i odszedł do innego projektu. Jego miejsce zajął ostatecznie Wojciech Maziarski, który stopniowo zamienił pismo w lewacki zin promujący Palikota. A potem wydawca postawił na Tomasza Lisa, który poszedł jeszcze dalej i zrobił z Newsweeka propagandowy brukowiec.

Od kilku tygodni brukowiec ten bije kolejne rekordy żenady i – najdelikatniej mówiąc – dziennikarskiej nierzetelności. Kolejne „okładkowe teksty” pisane są w sposób charakterystyczny dla brukowców właśnie – bez „twardych” faktów, w oparciu o żonglowanie skojarzeniami, manipulowanie kontekstem, przede wszystkim w celu rozbudzenia negatywnych emocji u odbiorcy. Okładkowy tekst o rzekomych nadużyciach obecnego prezydenta w czasach gdy był posłem może służyć jako wzorcowy przykład do studenckich analiz, na czym polega dziennikarstwo szmatławe.

Przypomnę – „odkryciem” Newsweeka było to, że Andrzej Duda jako poseł latał za pieniądze podatników do Poznania, a także kilkakrotnie tam nocował. Przy czym Newsweek sugerował, że miało to coś wspólnego z wykładami posła Dudy na prywatnej uczelni, ale nie podał dat przelotów ani noclegów (bo od razu wyszłoby, że nie pokrywają się w datami wykładów), przemilczał również nie pasujące do tej tezy okoliczności (np. że uczelnia jest wprawdzie w Poznaniu, ale Duda wykładał w filii w Nowym Tomyślu, na tyle odległej, że nocowanie w Poznaniu nie miałoby sensu – w Nowym Tomyślu też są hotele). Przywilej darmowego korzystania z przejazdów i przelotów przysługuje wszystkim parlamentarzystom już od przed wojny, każdemu więc można zarzucić w pełnym ekspresji tabloidowym stylu, że „za nasze pieniądze” wozi się na imieniny cioci czy coś w tym stylu. Ale właśnie dlatego, że można w ten sposób atakować każdego, wyspecjalizowane w takich „sensacjach” tytuły traktowany są jako osobny segment rynku, mniej poważany od „tygodników opinii”.

W podobny sposób skonstruowane były teksty atakujące przewodniczącego „Solidarności” Piotra Dudę (tu eksponowano, że w należących do związku hotelu, w którym przewodniczący korzysta ze zniżek, część pracowników nie ma stałych umów o pracę) oraz „psychoanalizujące” kowery o Jarosławie Kaczyńskim. Każdy ze wspomnianych tematów lokowany był na dwóch kolejnych okładkach, wbrew najoczywistszym wymogom komercji – co jasno pokazuje, że korzystając z warsztatu tabloidów, kieruje się Tomasz Lis innymi niż one motywacjami, i że wytwarzanie atmosfery podejrzeń, niedomówień i „coś tam śmierdzącego było” (wobec przelotów Andrzeja Dudy celowo używano uparcie niosącego złe skojarzenia słowa „kilometrówki”, choć sprawa nie miała z nimi nic wspólnego) jest w tym wypadku częścią propagandy rządzącej partii, która za każdym razem ochoczo „ustalenia niezależnego tygodnika” podchwytuje.

Nie inaczej jest z wczorajszą publikacją. Tanie sztuczki widzimy już po otwarciu okładki. O ile okładka krzyczy do nas bombastyczną frazą o „zabijaniu” rządu (w brukowcu Lisa „zabijaniem” jest nawet kpina z cybulaka, który sam chwali się, że w Ameryce oddał po wakacjach zakupy do sklepu i uważa to za dowód swej zaradności) jednoznacznie jako morderców wskazując PiS – to zajawka w spisie treści mówi już tylko ostrożnie, że za podsłuchami „mogły stać osoby związane z PiS”. Takimi insynuacyjnymi zdankami („nie można wykluczyć, że mogli to być… skorzystaliby na tym bez wątpienia…” etc.) można moczyć kogo się chce w każdej sprawie, w której – tak jak w wypadku afery taśmowej – nie mamy podstawowych informacji.

Liczne nadużycia, fałsze i nawet absurdy wywodu, który tezę o „możliwym” staniu za podsłuchami „osób związanych z PiS” wypunktowali już inni – m. in. Michał Majewski ("Giertych i „Newsweek”, czyli tajne przez poufne") oraz Andrzej Stankiewicz ("Thriller autorstwa Giertycha"). Ja chciałbym tylko zwrócić uwagę na metodę fabrykowania smrodu – odwoływanie się do „poufnego raportu”, który otrzymali szefowie ABW i prokuratury, bez precyzowania, co to za „raport”. Sugestia jest oczywista: „raporty”, i to „poufne” sporządzają jakieś specjalne zespoły śledcze czy prokuratorskie na zlecenie najwyższych władz.

Tyle, że – jak już wiadomo – ów raport to pismo Romana Giertycha, występującego w sprawie jako pełnomocnik podsłuchanych.

Taką metodą można bezproblemowo insynuować wszystko każdemu i to w sposób robiący na naiwnych wrażenie. Proszę bardzo, piszę oto list do FBI (a co?) z doniesieniem, że mam podejrzenia, iż małżeństwo Lisów diluje narkotykami. FBI jak każda porządna instytucja przepuszcza list przez biuro podawcze, i choć zaraz potem wurzuca go do kosza, od tego momentu z pełnym procesowym spokojem mogę rozgłaszać, że ostatnio „do kierownictwa FBI trafiła poufna analiza”, w której „pojawia się” wątek udziału Tomasza Lisa i jego żony w handlu zakazanymi substancjami psychoaktywnymi.

Zwracam uwagę na adwokacki spryt Giertycha, który swoje memorandum nazwał „poufnym raportem”. Oczywiście kancelaria adwokacka nie ma prawa nadawać żadnych klauzul poufności, nazwa ta ma tyle samo mocy, co gdyby Giertych nazwał swój tekst, ja wiem, „stalowym memorandum” czy jakkolwiek. Ale gdyby swą insynuacyjną „analizę zeznań świadków” przedstawił pełnomocnik Radosława Sikorskiego otwarcie, narażałby się na procesy i to w trybie wyborczym. A tu, jakby kto pytał, to on o niepokojących go podejrzeniach informował władze „poufnie”, a że raport „wyciekł”, to z tym już nie miał nic wspólnego.

Metoda działania politycznego brukowca zasadza się na informacyjnym szumie. Jak to ładnie ujął ktoś na twitterze: Romek napisał, Tomek wydrukował, Joasia zrobiła konferencję prasową, z której Adam i Piotrek każą zrobić newsa w głównych dziennikach, a Kazik z Jackiem odpowiednio „bezstronnie” to skomentują w wieczornej publicystyce. Rewelacje o „kilometrówkach posła Dudy” były przez kilka dni międlone w oddanych PO i PSL mediach elektronicznych na zasadzie „głuchego telefonu”, i w zamyśle tak samo ma być niewątpliwie z rzekomym „pełzającym zamachem stanu PiS”. Czy będzie, nie wiem, bo w nieokiełzanej żądzy autopromocji mecenas Giertych trochę położył sprawę, wyrywając się z punktu że to on właśnie sprokurował „poufny raport” będący praktycznie jedyną podstawą publikacji „Newsweeka”.

Straszne dno i żenada, mówiąc krótko, ale jest w tym także szczypta schadenfreude. Otóż Tomasza Lisa – jak i jego platformianych mocodawców – oprócz braku etyki i moralności cechuje także brak rozumu. Ogarnięty amokiem „walenia w PiS” w każdym możliwy sposób nie zauważa, że chcąc się przysłużyć władzy – szkodzi jej. Ona sama zresztą, podchwytując jego „sensacje”, też tego nie widzi. W sprawczą rolę PiS w waitergate i tak mało kto uwierzy, poza skrajnie zaczadzonymi lemingami, a gdyby nawet, dla większości nie jest ważne KTO, ale CO nagrał. I właśnie to CO publikacja Newsweeka przywraca krótkiej pamięci wyborców. I ukręconą kontrolę skarbową żony Sławka, i robienie laski Radka, i idiotów albo złodziei pracujących za sześć tysięcy Elki „ale jaja, ale jaja”.

Tak samo jak z fałszywym tłitem Kingi Dudy – chciał pluszak załatwić swoim zwycięstwo, a podstawił im nogę. Po czasie dojdzie to do niego i zacznie długo, przeciągle wyć – i to będzie kara, jaką mu Bozia za zeszmacenie się wymierza już tu, na tym łez padole.

Czytany 33711 razy

Artykuły powiązane

  • Niepodległość w czasach obłudy Niepodległość w czasach obłudy

    Napisałem kiedyś - i będę się trzymał tej metafory, bo uważam, że dobrze oddaje istotę sprawy - że w krajach, które możemy uznawać za normalne, polityka prowadzona jest według logiki piłki nożnej.

  • Bzdury, które zachwyciły Obamę Bzdury, które zachwyciły Obamę

    "Gazeta Wyborcza" zamieściła "duszosczypatielnyj" tekst Anny Applebaum "Kto mi ukradł przyjaciół", reklamowany jako "brawurowy esej, który zachwycił Baracka Obamę".

  • Kuszenie "peezelu" Kuszenie "peezelu"

    Nazywanie odbytych właśnie wyborów "samorządowymi" brzmi cokolwiek śmiesznie. Formalnie, oczywiście - ale chyba odkąd istnieje w Polsce wybieralny samorząd i samorządowe wybory, nigdy nie były one mniej samorządowe, niż te sprzed tygodnia. 

  • Szczepienia, czyli Bunt Nas Szczepienia, czyli Bunt Nas

    Zaskoczę państwa, ale ostatniego przed wyborami samorządowymi felietonu nie zamierzam wcale poświęcać tym wyborom.

  • Pan Bóg jest pisowcem Pan Bóg jest pisowcem

    Jeśli prawdą jest, co napisała w ostatnim "Wprost" Joanna Miziołek (a zwykle jest dobrze w takich sprawach zorientowana), że w kręgach kierowniczych PO wiąże się ogromne nadzieje z filmem "Kler", że zdaniem polityków opozycji jego sukces kasowy przełoży się na zmianę społecznych nastrojów, a ciężkie oskarżenia miotane przez Smarzowskiego wzbudzą falę, która pozwoli "totalnej opozycji" wygrać wyborczy trójskok zwrotem ku radykalnemu antyklerykalizmowi – to na Nowogrodzkiej mogą już chłodzić szampana.