fr2
wtorek, 10 listopad 2015 09:53

Rząd bata i marchewki, czyli IV RP v. 2.00

Napisał
  • wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
  • Wydrukuj
  • Email
  • Komentarze::DISQUS_COMMENTS
Oceń ten artykuł
(31 głosów)
Trójka strachu Trójka strachu

Na gorąco o nowym rządzie – przepraszam, że z opóźnieniem, ale przygotowanie się do gali „Strażnika pamięci”, jej prowadzenie i skonsumowanie sukcesu bez reszty wypełniło wczorajszy dzionek.

Po pierwsze: na tle poprzedniego ten gabinet wygląda imponująco. Może to żaden sukces, bo trudno źle wyglądać na tle rządu Kopacz, ułożonego według parytetu frakcji PO, z całkowitą pogardą dla kompetencji ministrów, a zwłaszcza ich braku. Tu nie mamy „pani Tereni”, tu nie mamy w kluczowym dla pozycji Polski w świecie resorcie aparatczyka mianowanego tylko po to, żeby miał jakiś resort ważny ale nie dający możliwości knucia. Technokratyczny pion rządu tworzą w zdecydowanej większości ludzie, którym trudno zarzucić brak doświadczenia czy kompetencji.

Oczywiście, uwaga mediów III RP nie skupia się na Annie Strężyńskiej, Mateuszu Morawieckim czy Konstantym Radziwille. Skupia się bez reszty na „pionie politycznym” – trójce ministrów, których nazwiska budzą na salonach odruch zarazem nienawiści i strachu. Macierewicz, Kamiński, Ziobro – trzech jeźdźców pisowskiej apokalipsy, którymi straszyła propaganda salonu i PO tak długo, aż to straszenie, czego propagandyści i ich dysponenci nie zauważyli, najpierw zaczęło Polakom dogłębnie zwisać, a potem wręcz działać na korzyść atakowanych, w myśl zasady: jak tak się ich boją, to może faktycznie jedyni fajterzy zdolni z tym bardakiem zrobić porządek? W końcu wymiar sprawiedliwości to najgorzej obok służby zdrowia oceniania przez społeczeństwo dziedzina funkcjonowania państwa, samowola i bezhołowie w służbach po aferze taśmowej również stały się problemem powszechnie dostrzeganym, a informacje, ile to miliardów będzie do rozkradzenia w wojsku, mogą być zupełnie przekonującym powodem delegowania tam wzbudzającego powszechny lęk inkwizytora.

Ale – uwaga – wbrew całemu temu wyciu elit, skądinąd bardzo miłemu prawicowemu sercu, to wcale nie Macierewicz z Kamińskim i Ziobrą są najgorszą dla nich wiadomością. Najgorszą wiadomością jest wspomniany już Morawiecki.

Ta kandydatura wzbudziła zdumienie, nawet wściekłość części najbardziej zajadłych pisowskich „żelaźniaków”. Jak to – krew z krwi i kość z kości lobby bankowego w naszym rządzie?!

Ano w tym właśnie, jak się wydaje, różnica pomiędzy tym rządem PiS a poprzednim, z czasów „dusznej atmosfery IV RP”. Tamten był zapewne bliższy powstańczej idei w jej stanie czystym. Ten za to zapowiada się na dużo skuteczniejszy.

Morawiecki, od ośmiu lat prezes jednego z największych w Polsce banków z przewagą kapitału zagranicznego, nie tylko sam w sobie jest symbolem otwarcia tego rządu na robienie interesów z tymi, którzy mają w III RP moc. Symboliczne jest, czym ma Morawiecki w randze wicepremiera kierować. Ministerstwem Rozwoju. Co to takiego? Mówiąc oględnie, góóóóóóóóóra kasy do wydania na jakiś tworzony właśnie narodowy program inwestycyjny (minister finansów, zwykle w III RP w randzie wicepremiera, zdegradowany został natomiast do roli księgowego – też znaczące).

W skrócie więc mamy rząd bata i marchewki. Bat to oczywiście służby i prokuratury, które zreorganizuje pion polityczny. Ale ten bat był i dziesięć lat temu, i nie wystarczył.

Ważniejsza jest marchewka, czy, ściślej, liczne marchewki, dysponowane nie przez inkwizytorów, ale przez skłonnych do negocjacji technokratów. Weźmy na przykład sprawę telewizji. PiS chce zmienić TVP w instytucję kultury, co może oznaczać wycofanie jej z rynku reklam. To, poza uporządkowaniem innych kwestii, uwolnienie miliarda złociszów z wpływów reklamowych, który już się zapewne śni właścicielom TVN i Polsatu. Niech kto powie, czy mając takie sny, nie można sobie w końcu zadać pytania: opłaca mi się trzymać u siebie te bandy „autorytetów”, których cały dziennikarski i ekspercki warsztat ogranicza się do ujadania na PiS?

Różnica zasadnicza, żeby się nie rozgadywać: dziesięć lat temu PiS widział wszędzie dookoła Układ. JEDEN Układ. Więc atakował na prawo i lewo, przeważnie zresztą nieskutecznie, i wszystkich, pozostańmy przy tym określeniu, dysponentów mocy, różnorakiej mocy, czy to finansowej, czy opiniotwórczej, czy innej, przekonał, że trzeba machnąć ręką na sprzeczności interesów i zjednoczyć się przeciwko oszołomom, bo żyć nie dadzą nikomu.

Dziś – dedukuję ze składu rządu – PiS rozumie, że III RP to nie JEDEN Układ, ale całe mrowie układów i układzików. Mających różne, nierzadko sprzeczne interesy. I nie należy na nie tupać, krzyczeć, straszyć rewolucyjnym gniewem ludu i szubienicami. Lepiej pokazać – tu bat, tu marchewka. Niektórzy oczywiście mają przerąbane, ale inni nie muszą wcale dzielić ich przesądzonego losu. Mogą się, na przykład, przyłączyć do wielkiego dzieła narodowego programu inwestycyjnego, a wtedy dla dobra narodu pewne stare sprawy mogą im zostać wybaczone, więcej, znajdzie się kawałek tortu. Dla tych, którzy pomogą wykończyć układ konkurencyjny, nawet większy.

Robespierre wraca jako Danton. Raczej nie uda się w tej sytuacji powtórzyć sukcesu antypisowskiej mobilizacji z czasów „dusznej atmosfery IV RP”. I to jest powód, dla którego panika w pewnych sferach jest jak najbardziej uzasadniona.

Czytany 14067 razy

Artykuły powiązane

  • Megakumulacja Megakumulacja

    Tak nazwano w internecie polityczne wydarzenia ostatnich tygodni (wiem, wiem, kolejny już tydzień zawracam Państwu głowę „ciamajdanem”, ale co zrobię, kiedy ten cyrk nadal trwa?): „megakumulacją Kaczyńskiego”. Z jednej strony, znana już wszystkim sejmowa obstrukcja ze strony „totalnej opozycji”. Działania, delikatnie mówiąc, nie przynoszące ani PO, ani Nowoczesnej popularności. Niedawno zrobiono kilka sondaży na różne sposoby zadających to samo pytanie: „kto jest liderem opozycji wobec PiS”. Połowa respondentów wybrała opcję „nie ma nikogo takiego”, jedna czwarta wskazała na Kukiza, potem było długo, długo nic, Schetyna, Petru i pomniejsi. Co charakterystyczne, Kukizowi wystarczyło dla osiągnięcia tego wyniki nie robić nic, tylko od czasu do czasu składać deklarację „jako poseł i jako Polak wstydzę się za to, co się dzieje w parlamencie”.

  • Zawracanie uwagi Zawracanie uwagi

    Nieodparcie co i raz przypomina mi się kluczowa scena z dramatu Andrzeja Trzebińskiego „Aby podnieść różę”: bohaterowie na jakimś dachu świata grają o wszystko – w ping ponga. I nagle ginie im piłeczka. Ale stawka gry jest tak wysoka, że przerwać nie można, więc grają dalej – bez piłeczki. Można? Jeśli się Państwu wydaje, że nie można, to zerknijcie z łaski swojej w media.

  • Rok niespełnionej rewolucji Rok niespełnionej rewolucji

    Jak nie idzie, to nie idzie – powiedział polityk SLD w czasie, gdy seria kolejnych klęsk spychała tę partię na równię pochyłą. A przecież wydarzenia, które złamały jej potęgę, wydają się drobnymi potknięciami w porównaniu z tym, co wyrabia obóz, nazwijmy to, okrągłostołowy.

  • Requiem dla KOD Requiem dla KOD

    I tak nikt by mi nie uwierzył, gdybym udawał, że zamierzam płakać po Komitecie Obrony Demokracji - więc dam sobie spokój. Dało się w tę pokraczną próbę użycia legendy KOR do obrony warstw posiadających III RP wciągnąć nieco ludzi poczciwych, których mi żal - ale też nie jest to żal aż tak dojmujący, żebym się miał ze współczucia pochlastać.

  • Farsa na rykowisku Farsa na rykowisku

    Wojnę łatwo zacząć, trudno skończyć, wiedzą mądrzy ludzie. Ani marszałek Kuchciński, który sprowokował sejmowy kryzys, ani liderzy PO i Nowoczesnej, którzy go wywołali, do mądrych się nie zaliczają. Dlatego, kierując się urażoną dumą i odruchami złości, delikatnie mówiąc, zupełnie nieprzemyślanymi, wpakowali nas w sejmową bijatykę o nie wiadomo co, której każdy dzień przynosi Polsce szkody i której zakończenia nie widać końca.